Menu
Biznes i rozwój

Czy studia przydają się w biznesie? 5 rzeczy, które wyniosłam z uczelni i wykorzystuję w firmie.

Był taki moment, kiedy uważałam studia i wyższe wykształcenie za absolutny „must-have”. Te czasy jednak już dawno minęły i wielokrotnie przekonuję się o tym, że studia oferują wiele, jednak nic nie determinują.

Wiele zawodów jeszcze kilka lat temu nie istniało. Social media managerowie, specjaliści od reklam w mediach społecznościowych, osoby zajmujące się influence marketingiem… Prawie wszystkiego uczyli się na własną rękę. Ba, sama jestem przykładem osoby, która uczy się gdzie i kiedy może, ale kierunek studiów znacząco odbiegał od wykonywanej przeze mnie pracy. Dlatego właśnie nie uważam, że studia są absolutnie konieczne w każdym przypadku. Mimo to, mają swoje plusy. Jakie rzeczy wyniosłam z uczelni, choć zupełnie tego nie planowałam, a jednak wykorzystuję w swojej firmie?

Wiem, czego nie chcę

Studia (zarówno biotechnologia, którą przerwałam, jak i bezpieczeństwo żywności, które skończyłam) uświadomiły mi, czego w życiu robić nie chcę. I to jest bardzo cenna lekcja, bo nie odrabiając jej, łatwo wpaść w pułapkę i unieszczęśliwić się na część życia (jeśli nie całość).

Zdobywanie wyższego wykształcenia konfrontuje nasze wyobrażenie o zawodzie, jaki chcemy wykonywać, z rzeczywistością i czasem dość brutalnie je weryfikuje. Nie mogłabym pracować każdego dnia nad tym samym problemem, klepać w ten sam komputer, przy kolejnej kopii identycznej dokumentacji, a to czekałoby mnie zapewne, gdybym została w „mojej” branży.

Rozliczam się za efekty

Wykłady były nieobowiązkowe (albo inaczej, były obowiązkowe, ale nieobecności nie wiązały się z żadnymi konsekwencjami), co było dla mnie miłą odmianą po szkole. Zawsze uważałam, że siedzenie X godzin tylko po to, by siedzieć, jest zbędne. Nieefektywne, bezsensowne – samodzielnie mogłabym czas potrzebny na określone czynności (czy przerobienie konkretnego materiału) skrócić o połowę.

Studia pozwoliły mi wreszcie bezkarnie rozliczać się za efekty i bardzo ten model polubiłam. Zarówno siebie, jak i osoby ze mną współpracujące rozliczam właśnie w ten sposób. Wyznaczam konkretne zadania, które mają być zrobione w określonym odcinku czasu (dzień/tydzień/miesiąc) i nie obchodzi mnie, ile czasu komuś to zajmie. Pięć minut, dziesięć, dwa dni?

Wprowadzenie takiego modelu prowadzi nas płynnie do kolejnego punktu, bo cały czas dążyłam do skrócenia czasu potrzebnego na wykonanie obowiązków, by znaleźć czas na własne sprawy.

Lepiej się organizuję

Planery moimi przyjaciółmi. Nie tylko dlatego, że jestem papierniczym freakiem, kocham zeszyty, kalendarze, piękne okładki i kolorowe pisadła. Oprócz tego, że to wszystko zbieram i posiadam, regularnie z nich korzystam.

Każdego dnia przygotowuję listę zadań na kolejny dzień. Każdy z punktów odhaczam po wykonaniu, a niewykreślone punkty migruję na kolejny dzień (lub rezygnuję, jeśli uważam, że dana czynność była zbędna).

Tak samo podchodzę do zadań zleconych współpracownikom. Przygotowuję listę rzeczy w Asanie do wykonania z określonym terminem (odpowiednio wcześniej, rzecz jasna – przynajmniej na tyle, na ile to możliwe), nadaję priorytety i sprawdzam, czy zadania zostały „odhaczone” na czas.

Mam otwarty umysł

Zawsze lubiłam się uczyć, ale nie zawsze tego, co musiałam. Nie lubiłam lekcji szkolnych, za to spędzałam długie godziny szperając w sieci i ucząc się nowych umiejętności. W podstawówce pisałam pierwsze strony w HTML, a w gimnazjum wskoczyłam na wyższy poziom zaawansowania i zaczęłam przygodę z CMS-ami i podstawami PHP (te mi zostały do dziś, planuję to rozwinąć).

Na studiach mogłam legalnie poszerzać swoje horyzonty z dziedziny, którą sobie wybrałam. Chociaż nie miał to być mój zawód, wybrałam kierunek, który mnie interesował tak, by zdobywanie wiedzy nie było katorgą. I wciąż uważam, że poruszane tematy w pewien sposób mnie pasjonowały – nie mogły być jedynie moim sposobem na życie. Ale przecież nie każda rzecz, której się dowiadujemy, musi być.

Nie skreślam żadnych opcji i rozwiązań, a to prowadzi nas do kolejnego punktu.

Nie boję się zmian

Pierwsza duża zmiana to postanowienie, że chcę aplikować na studia medyczne i zmiana profilu klasy w liceum. Druga – rezygnacja z medycyny na rzecz biotechnologii. Przyznałam przed samą sobą, że nie chcę poświęcać mojego (dobrze i prężnie działającego wtedy) kanału na YouTube. Lubiłam go prowadzić.

Gdy okazało się, że biotechnologia jest nie dla mnie, również bez wahania zmieniłam kierunek. Na kosmetologię – by mieć lepsze zaplecze do prowadzenia bloga i kanału YouTube. Tu jednak po raz drugi okazało się, że studia zmusiłyby do pożegnania z moją pasją – zmieniłam kierunek raz jeszcze.

Te wszystkie wybory nauczyły mnie elastyczności i upewniłam się, że każdy wybór jest dobry na określony moment. Żaden z nich nie jest jednak permanentny i gdy zmieni się kontekst, na horyzoncie zaczynają się pojawiać nowe szanse. Nie mam już strachu przed chwytaniem ich. Zawsze z odwagą patrzę w przyszłość – po prostu wiem, że sobie poradzę, chociaż nie zawsze wiem, w jaki sposób.


Czy studia będą gwarancją sukcesu? Czy dadzą Ci zawód, w którym będziesz się spełniać i zarobisz mnóstwo kasy? Nie wiem. Prawdopodobnie nie. I też nie jest to ich rola.

To po prostu kolejna szansa, z której możesz skorzystać lub nie. Tak czy inaczej, zawsze coś wyniesiesz z tej przygody. A zawsze powtarzam, że lepiej mieć jedno doświadczenie więcej niż mniej. Do tego was zachęcam.

About Author

Jestem młodą przedsiębiorczynią. W mojej agencji kreatywnej Pikus.IT tworzymy rozpoznawalną identyfikację wizualną, piękne strony internetowe oraz skuteczne strategie marketingowe. W swojej dziedzinie działam aktywnie od 2011 roku. Wierzę, że zmiana planów to nie porażka, lecz szukanie nowych dróg. Inspiruję do zmian na lepsze i ciągłego rozwoju. Zostań ze mną dłużej i poznaj mnie bliżej.

No Comments

    Leave a Reply